Ogólnie o serialu

Narkotykowe wojny są tematem tak wdzięcznym, że aż dziw bierze, że dopiero teraz Netflix zrobił z tego serial z najwyższej półki.

Serial to jeszcze czy już film?

Obyś żył w ciekawych czasach, zwykło się mówić, a my mamy to szczęście żyć właśnie w takich czasach. Co prawda wszystko stanęło na głowie, ale dzięki temu każdy może sobie wybrać, co i jak chce oglądać. I coraz częściej ten wybór paść musi na telewizję, bo nie dość, że trafiają do niej najlepsi twórcy, to jeszcze właśnie tutaj mają nieograniczone pole do popisu pod każdym właściwie względem. Gdy producenci filmów kinowych muszą iść na stałe ustępstwa, by tylko zagonić do kin małolaty, przez co cierpią „normalni” widzowie zmuszeni oglądać nierealne światy bez wyzwisk i przemocy, telewizja wydaje się być ziemią obiecaną dla wszystkich, którzy wolą pokazywać świat takim, jaki jest. Na dodatek coraz częściej odpadają koronne argumenty przeciwko serialom. Aboto telewizja to jakość też jest telewizyjno słaba. To już powoli przeszłość dzięki coraz lepszej i tańszej technologii. Aboto serial i trzeba czekać tydzień na kolejny odcinek. Nieaktualne, teraz coraz więcej seriali pojawia się od razu, a ty sam decydujesz, jak chcesz je oglądać. I choć osobiście wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego sposobu dystrybucji, to ciężko odmówić mu użyteczności.

Zresztą wszystko jak zawsze i tak sprowadza się do jakości danego serialu. Bo jeśli wciąga od pierwszych minut, to wtedy się już nie narzeka, że można go w całości obejrzeć za jednym zamachem. Nawet, jeśli trzeba na to poświęcić 7-8 godzin, to się je poświęca. I Narcos ma zaszczyt być pierwszym serialem wyemitowanym w całości, który obejrzałem bez przerw. No trochę przerw było, bo życie ma w dupie, że oglądasz serial, ale poza siłą wyższą, gdy tylko była okazja do zobaczenia kolejnego odcinka – to go oglądałem. Do Daredevillamusiałem się zmuszać (bardzo dobry serial i to „zmuszanie” źle brzmi, ot zbierałem się długo do kolejnych odcinków, a nie oglądałem na pniu), House of Cards w ogóle mi nie podszedł, kilka pilotów mi się spodobało, ale jakoś dalej jeszcze nie ruszyłem (m.in. Sense8), a Narcosmam już za sobą w całości. Tak, to nowość, jeśli chodzi o seriale opisywane ostatnimi czasy na Q-Blogu. W końcu piszę coś o całości, a nie tylko o pilocie.

Pablo Emilio Escobar Gaviria

Z punktu widzenia dobrej historii zło zawsze będzie o wiele bardziej atrakcyjne od dobra i tak też jest w przypadku Narcos, którego głównym bohaterem jest słynny kolumbijski narkotykowy baron Pablo Escobar (świetny Wagner Moura). Escobara poznajemy, gdy razem z kuzynem zajmuje się przemytem elektroniki. Pewnego dnia do Escobara trafia zbiegły z Chile fachowiec od produkcji narkotyków. Oferuje niewielkiemu wciąż lokalnemu bandycie współpracę. Escobar widzi w niej szansę na interes życia. Wcale nie tak daleko od Kolumbii na Florydzie ludzie chcą się dobrze bawić, a sprowadzana tonami marihuana przestaje im wystarczać. Na scenie pojawia się kokaina, której przebicie cenowe w stosunku do kosztów produkcji jest tak duże, że wkrótce Escobar zostaje milionerem i nie wie, co robić z pieniędzmi. Import narkotyku do Stanów jest tak prosty, że praktycznie nic nie stoi na przeszkodzie dalszego bogacenia się. Mówimy w końcu o okresie na dłuuugo przed 11 września, kiedy kilogramy narkotyków można było przewieźć samolotem w kieszeni marynarki… Tymczasem Escobarowi marzy się kariera w polityce.

Zmienia się też optyka amerykańskiego rządu na narkotyki, które stanowią coraz większe zagrożenie dla amerykańskiego społeczeństwa. Nie tak duże jak komuniści, ale też spore. DEA ma coraz więcej roboty, szmuglowanie narkotyków, choć wciąż proste, robi się coraz bardziej skomplikowane, a do Kolumbii dociera agent Murphy, który wkrótce swoimi działaniami trafi na czarną listę Escobara.

Narcos, czyli serial, który ma praktycznie same plusy

Wiadoma sprawa, że nic tak dobrze nie robi na film/serial jak świetna prawdziwa historia, którą opowiada. Prawdziwa historia ma to do siebie, że jest… prawdziwa ;), więc może się w niej wydarzyć praktycznie wszystko i nie ma co nie wierzyć, bo przecież to prawdziwa historia. Jasne, także i przed Narcos jest wyraźna informacja o tym, że niektóre wydarzenia zostały udramatyzowane itd. dla potrzeb serialu, ale i tak większość opowiadanych tu rzeczy wydarzyła się naprawdę. I właśnie ta legitymizacja prawdziwą historią jest tutaj bezwzględnie potrzebna, by uwierzyć w skalę działań Escobara. Scenarzystę, który wymyśliłby falę przestępstw sięgającą szczytów władzy można by było oskarżyć o nadmierną wyobraźnię, ewentualnie powątpiewać, że coś takiego mogłoby się wydarzyć w rzeczywistości. Tym lepiej ogląda się Narcos, bo te wszystkie zabójstwa, morderstwa i fala terroru to czarna plama na kolumbijskiej historii najnowszej. Wydarzyło się to wszystko jeszcze za życia wielu z nas.

Nie jest jednak tak, że wystarczy dobra historia, żeby powstał dobry film/serial. Tak prosto nie jest, wystarczy obejrzeć niedawny Escobar: Paradise Lost z Benicio del Toro w roli Escobara, żeby zobaczyć, że wplecenie w fabułę historii Escobara nic nie dało. Wyszła nędzna i nudna szmira. Zupełne przeciwieństwo Narcos, który na każdym etapie sztuki filmowej wznosi się na wyżyny. Znakomita realizacja, szybkie tempo, ekscytująca akcja, cyniczny głos z offu podsumowujący wydarzenia i nakreślający widzowi świat przełomu lat 80/90 – Narcos ogląda się tak samo świetnie jak Kasyno Scorsese. Z jednej strony to spory kawał emocji i niedowierzania na widok tego, cóż tam się wydarzyło za czasów Escobara, a z drugiej wielka lekcja narkohistorii najnowszej.

I właśnie dzięki fachowej realizacji Narcos (kręcony w oryginalnych kolumbijskich plenerach) ogląda się świetnie także temu widzowi, który zna historię Escobara. Jam dowodem, w końcu wiedząc co się wydarzy i tak wciągnąłem 10 odcinków nosem. A jaką frajdę będą mieli widzowie, którzy tej historii nie znają!

Co jest nie tak z Narcos

Spokojnie, wszystko jest OK. Drobniutkie zażalenia, o których w następnych zdaniach są czysto subiektywne i prawdopodobnie w ogóle nie będą Wam przeszkadzać. Fakt jest jednak faktem (subiektywnie hłe hłe), że gdzieś tak od połowy sezonu serial nie jest już tak wartki, jak w pierwszej połowie. Być może wpływ na to miało pojawiające się właśnie w okolicach piątego odcinka uświadomienie sobie, że jednak nie zobaczymy tej historii do końca w pierwszym sezonie (mam nadzieję, że nikt się za ten chyba spoiler nie obrazi – sezon numer jeden kończy się na kilkanaście miesięcy przed rzeczywistym zakończeniem tej historii, które pewnie zobaczymy w pewnym moim zdaniem s2). I choć potem z Narcos wszystko jest w jak najlepszym porządku, to miałem wrażenie lekkiego przeciągania historii (mimo pominięcia paru ciekawych rzeczy) byle za szybko jej nie skończyć. Ale może po prostu wolałem Escobara, który miał u stóp cały świat od tego Escobara, który zaczął zachowywać się jak paranoik.

Tak czy siak, kiedy już widz uświadamia sobie, że w jednym sezonie nie zamkną całej historii, to trochę żałuje, że nie pochylono się ciut bardziej np. nad wczesnym Escobarem. Z serialu wynika, że koleś, który jedyne co umiał to przekupywać gliny, ot tak po prostu został mózgiem operacji na niespotykaną wcześniej skalę. Tak jakby nic nie trzeba było robić tylko martwić się, gdzie zakopać dolary. Za szybkie moim zdaniem to przejście z lokalnego szmuglera bez planów podboju świata do genialnego narkobiznesmana, któremu z ręki jadły wszystkie okoliczne kartele. Myślałem, że tak prą do przodu, żeby zdążyć całość opowiedzieć w tych 10 odcinkach, potem zobaczyłem, że wcale nie.

Z zupełnie nieistotnych pierdół warto wspomnieć o tym, że wsadzili do Narcos trochę broni i samochodów, które na przełomie lat 80/90 były jeszcze niedostępne (tak przeczytałem, ja się na tym nie znam :P). No i jedną rzecz, która mnie osobiście najbardziej wkurzała – czemu nie poświęcili choćby jednego dialogu na poinformowanie mnie, dlaczego ten blond agent główny bohater nie poświęcił chwili, żeby nauczyć się pieprzonego języka hiszpańskiego. Dość potrzebna chyba umiejętność w hiszpańskojęzycznym kraju. Rozumiem, że to fakt i tak było w rzeczywistości, ale co szkodziło dodać: – Hej, stary, czemu nie nauczysz się hiszpańskiego? – Bo nie!. I już, wystarczyłoby mi. A tak to pozostanę sceptyczny i będę się czepiał, że to niedopatrzenie konieczne w udramatyzowaniu całej historii.

Właściwi ludzie na właściwym miejscu

Bardzo się cieszę, że jeden z głównych odpowiedzialnych za sukces Narcos – reżyser José Padilha nie przepadł w szmirach typu nowy RoboCop, który niestety był i popełnił. O wiele bardziej pasuje mu temat południowoamerykańskiego świata przestępczego, co udowodnił już dwoma filmami, które stanowiły trampolinę do międzynarodowej kariery. Mowa oczywiście o dwóch częściach Elitarnych [Tropa de Elite]. Narcos uderza w podobne tony i ciężko mi sobie wyobrazić, żeby nie podszedł komuś, komu podeszli Elitarni (a jak mu nie podeszli to jest dziwny, bo to wybitne filmy są). Spora w tym zasługa ulubionego aktora Padilhi – ww. Wagnera Moury, do którego świetnego występu można mieć tylko jedno zastrzeżenie – powinien był jednak bardziej przytyć do roli, a nie chodzić w kółko z wypiętym nienaturalnie brzuchem.

Padilha nie wyreżyserował wszystkich odcinków Narcos. Wśród reżyserów są jeszcze Guillermo Navaro (operator Roberta Rodrigueza [DesperadoOd zmierzchu do świtu], Guillermo del Toro [Labirynt FaunaPacific Rim] i Quentina Tarantino [Jackie Brown]), Kolumbijczyk Andi Baiz (La cara oculta), Fernando CoimbraAllison AbnerDana Ledoux Miller.

W ogóle świetne jest w Narcos to, na co narzeka teraz 2/3 Ameryki – serial w większości został zrealizowany w języku hiszpańskim, co znakomicie mu robi. Nie wyobrażam sobie, żeby aktorzy mówili tu po angielsku z hiszpańskim akcentem brr. Dzięki temu w ogóle można było zatrudnić obsadę po warunkach, a nie po nazwiskach – właściwie jedynym członkiem obsady, który powinien kojarzyć się przeciętnemu kinomanowi jest Luis Guzman, a i tak to aktor z gatunku „znam twarz, nie znam z nazwiska”. Co nie znaczy, że nie ma tu wybitnych aktorów – np. w roli matki Escobara zobaczycie Paulinę Garcię, która nie tak dawno temu wymiatała w chilijskiej nominowanej do Oscara Glorii.

Co po Narcos?

A jeśli po obejrzeniu Narcos będziecie mieli ochotę na więcej, to koniecznie zobaczcie:

Dwóch Escobarów [The Two Escobars] – W tym znakomitym dokumencie rozwinięty został lepiej niemal całkowicie pominięty w Narcos wątek miłości Pabla do piłki nożnej. Zestawiono w nim losy tytułowych Escobarów: Pabla i Andresa, pechowego piłkarza, którego bramka samobójcza odesłała Kolumbię do domu z MŚ w 1994 roku.

Cocaine Cowboys Reloaded – znakomity i szybki jak Teżewe trzygodzinny dokument z punktu widzenia zalewanej narkotykami Florydy. Lepiej poznacie w nim to, co skłoniło administrację USA do wszczęcia wojny przeciwko narkotykowym kartelom. I zobaczycie bezpośredni wpływ kolumbijskich narkotyków na krwawą łaźnię, w jaką zamieniło się południe Stanów na przełomie lat 80 i 90.

No i przeczytajcie wydane w Polsce El Narco Ioana Grillo. To, co prawda, książka o meksykańskich kartelach narkotykowych, ale po pierwsze dowiecie się z niej, jak i dlaczego to Meksyk przejął po Kolumbii rolę głównego dostawcy narkotyków dla amerykańskiego obywatela. A po drugie mocno liczę na to, że dostaniemy jeszcze przynajmniej kilka sezonów Narcos – po jednym na każdy wielki meksykański kartel narkotykowy. To dopiero będą niewiarygodne seriale!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *